czwartek, 30 czerwca 2011

Wyjątkowy dzień


Tego dnia Kamiś bardzo, bardzo nie mógł się doczekać. Najpierw odliczał miesiące, potem tygodnie, dni, godziny...
Całe szczęście, że na trzy miesiące wcześniej, musiałam mu zliczyć liczbę tygodni, a nie godzin...
 Aż wreszcie nadszedł ten upragniony dzień - dzień urodzin.
I pojawili się koledzy. I koleżanki. I rozpoczęło się świętowanie....
Jaką przyjemną nowością było pojawienie się dziewczynek w gronie zaproszonych gości. W ubiegłym roku było jedenastu chłopców.
Bo Kamiś ze swojej klasy zaprosił 3 dziewczynki i jednego chłopca. Ciekawe. A twierdzi, że się mało z dziewczynkami bawi...

Pogodna sprzyjała świętowaniu, bo choć było wietrznie, to nie padało, dzięki czemu mogliśmy zrobić dzieciom ognisko.






Tak, tak kiełbaski smakowały dokładnie tak, jak wyglądały!
A i widok ogniska na tle wieczornego nieba zachwycał.





I na koniec zdjęcie szczęśliwego, choć trochę zawstydzonego solenizanta.
Tort też był na zakończenie imprezki. Marna ze mnie kucharka. Tort mi się rozpływał, stąd opóźnienie...
Ale ponoć był bardzo smaczny, czego dowodem było to, że został skonsumowany w całości, dzieci prosiły o dokładki, a niektórym dokładek nie starczyło.

A teraz Kamiś znowu może zacząć odliczać miesiące...

czwartek, 19 maja 2011

łacina i ślub

Przechodzę z Kamilkiem obok przystanku autobusowego.
Na ławeczce siedzi starszy pan z wąsem, na pierwszy rzut oka, bardzo elegancki, w garniturze.
Ale słowa, które wypowiada, tej szykowności zaprzeczają. To ognista łacina. Siarczysta.
Przyśpieszam kroku, mając nadzieję, że dziecko tych wulgaryzmów jednak nie usłyszy.
I wtedy Kamiś stwierdza:
- Mamo, ten pan to chyba nie mówi po polsku, prawda?

I przypomniała mi się jeszcze jedna zaległa, ale godna zapamiętania wypowiedź Kamilka.

- Damiś, czy wiesz, jak się robi ślub?
- ?? - Damiś.
- No całuj, moja damo! - wyjaśnia Kamiś.
- ?? - Damiś i ja.

piątek, 29 kwietnia 2011

wiosna i dzieci

Zapachy... Kolory... Pejzaże kojące oczy i serce... Głęboki oddech... orzeźwienie... życie...
Jest pięknie.



 



Większość warzyw już została wysiana. Z takim pomocnikiem to można współpracować...
A ta noga fachowo postawiona na łopatce mnie rozczuliła i rozśmieszyła bardzo.
Damiś ciągle podchodził do nas i pytał mnie, jakie warzywa zamierzam wysiać.
A słysząc odpowiedź, zapewniał, że on i brokułki, i sałatkę, i rzodkiewkę, i fasolkę, i dynię będzie jadł, jak urosną, "bo one mu już posmakowały".





Niebieskości, zielenie, żółcie (ten ostatni to teraz ulubiony kolor Damisia).
Wiosna i dzieci. Lubią się wzajemnie. I to bardzo.
Kwiaty i dzieci... Słodki widok...
I słodkie słowa Marcelina "Dla ti, dla ti", wręczającego mi kwiaty.
I bukiet od Kamisia.
I płacz Damisia, bo "oni mu wszystkie kwiaty zebrali, a on teraz nie ma".
Serduszko osuszone, nowe kwiatki znalezione...
Nasz mały zielony świat.
Majówka już nam otwiera drzwi ...





 
 




Miłego weekendu Wam życzę!

wtorek, 26 kwietnia 2011

Kwiat

Ten kwiat powstał na moich oczach z sekundy na sekundę otwierających się coraz bardziej. Ze zdumienia... 
Narysowany w ciągu kilkunastu sekund. Ruchami pewnymi i szybkimi.
Nie powstydziłby się go prawie siedmioletni Kamiś. Ale nie on go narysował.
Nie powstydziłby się go także czteroletni Damiś. Nie on jest jednak jego autorem.

Kredki, mazaki, farbki to wielcy przyjaciele pewnego małego artysty. I efekty tego są coraz bardziej widoczne. Wprawdzie czasami są i takie efekty, które mnie trochę irytująco zaskakują, jak pomalowane framugi okien, drzwi balkonowych, parapetów, ściany w pieczątki dinozaurów, o panelach różnobarwnych nie wspominając... Nie zawsze nadążam jednak podać nową kartkę papieru albo też artysta ma inną wizję swego dzieła (znaczy się nie na kartce papieru...) i cóż...

Tenże mały artysta, mój dwuipółletni Marcelinek, stworzył takie oto kwiatowe dzieło.  
Nie uwierzyłabym, że zrobił to zupełnie sam, gdybym tego nie widziała. Co więcej, oto dowód. Zdjęcia. Na szczęście zdążyłam je zrobić.

Patrząc na ten rysunek rozwiewają się we mnie resztki wątpliwości co do leworęczności Marcysia. Bo to jedyna leworęczna osóbka w rodzinie. Ot, jednak pokutuje we mnie przesąd i matczyny lęk, że może jednak będzie mniej wprawniej pisał, rysował. Nic z tych rzeczy! Bo Marcyś sprawniej śmiga kredkami niż starsi bracia. Praca czyni mistrza. Choć talentu chyba też temu małemu urwiskowi nie brakuje...
No jak mam nie być dumna???
Od września przedszkolaczek:-)







czwartek, 21 kwietnia 2011

diabelskie kuszenie

Wczoraj po odebraniu Kamisia ze szkoły, usłyszałam szczere wyznanie:

- Mamo, wiesz, ja ci muszę coś powiedzieć... Wiesz, że dzisiaj w szkole po zajęciach wyrównawczych sam diabeł mnie przykuszał? Przykuszał mnie, żebym dzieciom, które pisały właśnie na tablecie, tak ruszał myszką... Naprawdę, mamo. Bo on mnie tak strasznie kusił! Ale ja go nie posłuchałem. Bo ja go nigdy nie słucham. A ten diabeł to często mnie kusi, żebym pani nie słuchał... Ale ja w szkole nigdy go nie słucham.

Moje ucho wychwyciło delikatny akcent na "w szkole"...:-)
Teraz już wiemy, czyja to wina z tym przykuszaniem...

I pozostając w temacie duchowym, kiedyś Kamiś błysnął myślą niemalże teologiczną:
- A wiesz, mamo, że piekło to takie niewypuszczalne więzienie?
Już wiem.

środa, 20 kwietnia 2011

W bardzo wielkim skrócie

No trochę mnie tutaj nie było... Ale sporo się przez ten czas działo.
Myśli moje chaotyczne, co w pamięci zostały...

Nowe doświadczenia za nami, jak pierwszy w życiu Kamilka nieplanowany pobyt w szpitalu.
- Drugi, mamo, pierwszy raz byłem, jak się rodziłem - precyzował Kamiś.
Potem drugi pobyt, już planowany.
I moje zaskoczenie, że ten mój mały pacjent opuszczał szpital z wielkim żalem i wzdychaniem:
- A musimy stąd iść? Tak tu było fajnie...
 No i smutno mi, bo znowu straciłem kolegę i koleżankę...
Zdążyliśmy opuścić szpital, zanim w nadmiarze chłopięcej energii Kamiś i wspomniany kolega zdążyli zdemolować oddział.

A potem były chwile radości. Nowe łóżka dla Kamisia i Damisia! Zrobione, przywiezione i złożone przez Dziadka.
I stare nawyki. Nadal z nimi się zmagamy: nocne wędrowanie i wskakiwanie pod kołderkę do mamy i taty. Niekonsekwentnie zresztą (uświadomiony błąd wychowawczy...). Ale jak tu z tymi nawykami walczyć, gdy się słyszy: "Chcę się do ciebie przytulić" powiedziane głosem tak słodkim, że - cóż zrobić! - szerokim gestem przygarnia się dziecię. Nosek koło noska. Nawet gdy się wie, że rano powyginanym się wstaje, z bólem mięśni tu i ówdzie.

Niespodzianka, czyli założenie akwarium, wpuszczenie i karmienie rybek. Szał po prostu!
Smutek wielki, gdy pierwsze podopieczne nie przeżyły...
Ale nad smutki większa radość, kiedy kilka dni później małe rybki się urodziły.

I kolejna inwazja dinozaurów. Wiadomo, na wiosnę cała przyroda budzi się do życia. Najbardziej drapieżne osobniki wypełzły ze swoich pieczar. Nie oszczędziły nawet swej chorej rodzicielki, wspinając się po niej, uderzając ogonem czy kończynami...
Ale gdzieś tam wrażliwe jednak są te wielkie gady:
- Marcyś, nie odsuwaj krzesła, bo mi moje małe wyjdą i allozaur je zje! - przestrzega brata Damiś siedzący pod stołem.
I roskoszne też są:
- Damiś, ja będę stegozaurem. A kim ty będziesz?
- No to ja chcę być samicą (??:-)) allozaura!

- Damiś, patrz, ten malutki diplodok to taki słodziak!
Taak, zwłaszcza że dorosły osobnik mierzył prawie 30 metrów...

Ech, te moje dinozaury! Jeśli mnie znowu długo nie będzie, to będzie oznaczało, że próbuję je jednak oswoić, przystosować do realiów współczesnego życia, a może nawet wychować na w miarę kulturalnych i inteligentnych przedstawicieli gatunku człowiekowatych...

piątek, 4 marca 2011

Kolce i brzuszek...

...czyli o tym, jak dzieci przenoszą w sytuacje dnia codziennego słowa zasłyszane podczas oglądania bajek.

Tatuś zamaszystym ruchem przygarnia Damisia, chcąc go przytulić, połaskotać i w ogóle się z nim poczochrać. Zarost na twarzy Taty dodatkowo wzmacia u synka odczuwanie rodzicielskiej tkliwości:-)
Damiś niespodziewanie jednak broni się przed tą kłującą ojcowską czułością:
- Kolce, Ivan, kolce. (cytat z bajki "Jezioro łabędzie")

Ostatnio bajką numer jeden jest bajka o Śwince Peppie. Chłopcy często proszą o jej właczenie, a gdy ją oglądają, zaśmiewają się do łez.
A potem Tata słyszy od swych dzieci: "Tatusiu Świnko", a Babcia: "Babciu, a Ty masz duży brzuszek":-)
Dobrze, że nasi znajomi nie mają "dużych brzuszków"...

I jeszcze wczorajsza scenka, których głównym bohaterem jest Babcia i Damiś.
Babcia wyciągnęła puzzle 60 elementowe z Myszką Miki i usiłuje je ułożyć.
- Damianku, coś mi nie idzie to układnie.
- Babciu, to Ty się zastanów, a ja wyjdę.
Damiś "wyszedł", czyli zrobił dwa okrążenia wokół kominka i znowu podszedł do Babci:
- Babciu, i co poradzisz sobie?
I po chwili bez najmniejszego problemu ułożył obrazek.

środa, 16 lutego 2011

Dzieciństwo w zabawkach przechowane

W moim domu niestety nie ma zabawek, którymi ja bawiłam się w dzieciństwie. Po mnie i moim rodzeństwie do dziś przetrwał tylko rowerek. Jest w pełni sprawny. Został w domu moich Rodziców. Podczas każdego pobytu u Dziadków, a zwłaszcza na wakacjach, moi Synkowie ścigają się, który pierwszy na nim zasiądzie. Chyba go lubią. Ale ja nie pamiętam go z dzieciństwa.



Pamiętam za to konika na biegunach, drewniane kuchenne przybory (nadal służą w kuchni Mamy:-)) i dużego misia-kalekę, bez łapki jednej, wypełniony trocinami, muchomorka-skarbonkę i figurki pszczółek Mai i Gucia. Dlaczego zapamiętałam właśnie te?

Jesienią, kiedy myślałam o kolejnych prezentach dla moich Chłopców, zastanawiałam się, które zabawki przetrwają do następnego pokolenia, a które utrwalą się we wspomnieniach moich dzieci?

Czy Chłopcy będą pamiętać te najbardziej kolorowe, świecące i migające (choć tych mają niewiele)?
A może te, które zrobił im Dziadziu czy Wujek J.? Jak na przykład mały wóz (podobny do tego, jakim Lisa i Anna wiozły małą Kerstin) z kołami od wózka dziecięcego po mnie i moim rodzeństwie, drewniane klocki, nierówne, brzydkie, ale uwielbiane przez całą moją trójkę czy drewniany garaż lub wycięte w styropianie kombajn i traktor...



 




Albo klocki Lego, bez których dzień byłby chyba dniem straconym...
A może zapamiętają zabawki, które bawią już kolejne pokolenie...?
Dziś po raz kolejny zostały odkryte i przypomniane. Chłopcy dostali je od mojej znajomej, p. Halinki. Bawili się nimi jej synkowie, bliźniacy, a potem ich dzieci. Po każdej wizycie u p. Halinki Synkowie wracali z kolejnymi skarbami. Pierwszy zawitał u nas tramwaj, 3 lata temu, potem rakieta i cieżarówka.
Są wspaniałe, z metalu. Starsze ode mnie, mają już prawie 40 lat. I mam nadzieję, że będzie się cieszyć nimi jeszcze niejedno dziecko...










czwartek, 10 lutego 2011

Buburino

- Buburino! Buburino! - Tak Kamiś i Damiś przywitali się z młodszym braciszkiem po tygodniowym pobycie u Dziadków po przerwie świątecznej.
Marcelino na ich widok od razu się rozpromienił i podjął wyzwanie. Ledwo kurtki, czapki, buty oraz pozostały zimowy ekwipunek odzieżowy wylądowały na swoim miejscu (albo i nie do końca na swoim) rozpoczęła się gonitwa stęsknionej trójki.
Kamiś i Damiś czasami nazywają Marcelinka "Buburino". Nie pamiętam, kiedy i jak wymyślili to określenie. Oni też już chyba tego nie pamiętają.
A ilekroć pada: "Buburino! Buburino!" cała trójka rozpoczyna wyścig wokół komika. Chociaż właściwie nie do końca wiem, kto za kim biega. Buburino za Kamisiem i Damisiem, czy odwrotnie. Ale mogą tak długo, czasami bardzo długo...
Wtedy się zastanawiam, czy dobrze zrobiliśmy, że wybraliśmy kiedyś projekt domu, w którym kominek jest elementem łączącym salon, kuchnię i korytarz, tak że nie przylega on do żadnej ściany, skoro już wtedy byliśmy pewni, że nasze urwisy będą miały wielką frajdę biegać wokół...
I się nie pomyliliśmy.

Powyższe słowa napisałam prawie miesiąc temu i nie zdążyłam dokończyć posta.

Dziś do domu wróci Damiś i Marcyś. Pewno znów rozlegnie się "Buburino" i znów stópki będą śmigać wokół kominka... I znów będzie głośno, śmiesznie, płaczliwie, zrzędliwie, marudnie... I znów będziemy razem:-)
A moje małe "Buburino" właśnie zaliczyło pierwszy wyjazd bez Mamy i Taty, tylko z Babcią i Damisiem. Wyjazd sześciodniowy. Miałam obawy, jak sobie poradzi, czy będzie tęsknił, płakał za mną (bo teraz ma etap zwący się "tylko Mama", przy usypianiu tylko Mama, w nocy wyłącznie Mama). Ale niesamowicie dzielny z niego chłopak. Zaskoczył wszystkich. A przy pożegnaniach przecież każdemu zdarzają się chwile słabości...

Damiś dorasta do roli starszego braciszka.
Na spacerze z Babcią i Marcysiem:
- Babciu, wiesz, ja się muszę opiekować Marcysiem, bo Kamilka z nami nie ma.
Opiekowanie się było krótkotrwałe.
Po spacerze:
- No, Babciu, a teraz już nie muszę się opiekować Marcysiem:-)

czwartek, 27 stycznia 2011

Zmagania logistyczne. Dentysta

Ten tydzień jest ciężki pod względem mnogości różnych wydarzeń, a co za tym idzie moich zmagań, żeby ogarnąć wszystko logistycznie-czasowo.
Poniedziałek - świętowanie Dnia Babci w przedszkolu u Damisia przed południem (upiec ciasto), o 17.00 w szkole u Kamisia (przygotować strój na przedstawienie), bal karnawałowy (przygotować strój karnawałowy). Wyjazd z domu - 6.44, powrót - 19.45. Ufff...

Wtorek - łapiemy oddech. Choć nie wszyscy, bo Marcelino odreagowuje brak Mamy z dnia poprzedniego i jako mały Człowieczek zbuntowany przeciwko takiemu stanu rzeczy - tęże Mamę solidnie wykańcza.

Środa- też miał być dzień spokojny, ale w drodze do miasta Kamiś narzeka na ból zęba. Nagły, mocy. Szybka decyzja - jedziemy do dentysty. Ale odbijamy się od drzwi. Więc dentysta późnym południem. Na szczęście Tatuś Kamilka wkracza z pomocą.

Dziś - bal karnawałowy w przedszkolu Damisia (przygotować strój, w który Damiś i tak zapewne nie zechce się przebrać), o 17.00 wizyta u lekarza z Kamilkiem (z Damisiem na dokładkę), 18.00 - spotkanie z rodzicami w szkole Kamilka. Wyjazd z domu 6.38. Powrót - ?? Przetrwać, przeżyć...

Piątek - w planach tylko i wyłącznie rozpoczęcie spokojnego (choć zapracowanego) weekendu.
A po weekendzie - FERIE!!!

A w temacie dentysty: Damiś też koniecznie chciał jechać do dentysty (jako nie-pacjent oczywiście, bo jako pacjent - absolutnie nie), więc pojechał. Pomyślałam, że wizyta wpłynie wychowawczo-edukacyjnie, tym bardziej że ostatnio Damiś się buntuje przy myciu zębów:
- Damiś, ale twoje ząbki zjedzą bakterie.
- To dobrze, bo ja chcę, żeby bakterie zjadły moje ząbki...

Damiś w gabinecie, obserując działania dentystki nad rozdziawioną szczęką Kamilka:
- Ale ja już nigdy nie będę gryzł ząbkami. A lizaczki będę tylko lizał!

Przed wieczorną toaletą mówię do Damisia nadal układająego klocki Lego: "Damiś, chodź myć ząbki", choć wiem, że trzeba będzie powtórzyć polecenie jeszcze kilka razy. Bo zwykle: "Mamo, ale ja teraz układam klocki"; Mamo, teraz nie mogę, ja muszę skończyć ten samolot". "Mamo, za chwilę".
Damiś wstaje i wybiega z salonu. Pewno po kolejne klocki, myślę. Odwracam się. Damiś w łazience.
- Mamo, mamo, ja już mam pastę!
Wizyta, jak widać, owocna. Oby długoterminowo.

PS. Dziękuję Wam za e-maile z pytaniami, co u nas i ponaglające o nowy wpis!:-) Poprawiam się i mobilizuję:-))