piątek, 9 kwietnia 2010

Świąteczne oswajanie natury

Trzy małe Rogaliczki spędziły święta Wielkiej Nocy u swoich Dziadków.
Zawsze, ilekroć tam jesteśmy, dużo spacerujemy, bo przyroda
i krajobrazy są tam piękne.
Wracam wspomnieniami do dzieciństwa i do moich wędrówek po polach i po lasach.
Lubiłam to, nadal bardzo lubię. Zawsze będę lubić.
I nie rozumiem, i dziwię się, że Kamiś i Damiś mówią, że boją się dużych lasów.
Powoli więc moich małych chłopców "oswajam" z przyrodą,
z polami, z lasami...

Żeby umieli podziwiać.
Żeby umieli się zatrzymać.
Żeby umieli szanować.
Żeby umieli wsłuchać się w ciszę, usłyszeć szum wiatru w lesie, odgłosy stukania dzięcioła, długo by tak wymieniać...

I żeby umieli się zachwycać.
Bo naprawdę jest czym, szczególnie wiosną:




























piątek, 26 marca 2010

Makijaż

Mam małego naśladowcę.
Wyjaśnię od razu: Mamie wychodzi to lepiej.
Ale mały Synek dopiero się uczy:-)
Spodobało mu się to. Z zadowoleniem oglądał w lustrze efekt swojego wysiłku.
A nie spodobało mu się bardzo pozbawienie go materiałów do dalszego upiększania.





poniedziałek, 15 marca 2010

Uparte

I zima, i choroby nie chcą nas opuścić.
Niestety.

Spragnieni muskających ciepłem promieni słońca,
aksamitnie delikatnej trawy pod stopami,
sycącej oczy ożywiającą zielenią
wiosennego powiewu,
widoku coraz weselej latających ptaków,
wyswobodzenia z zimowych ubrań
- czekamy. Czekamy. Czekamy.

Tymczasem:
odmierzanie kolejnych dawek lekarstw,
nerwowe przykładanie dłoni do czoła,
kolejne wizyty u pediatry.

Przeczekać i zimę, i choroby.
Przetrwać.
Ech, po prostu przetrwać.

czwartek, 4 marca 2010

Marcelino

...pięknie się nam rozwija. Ostatnio często mnie zaskakuje. Kilka dni temu, gdy powiedziałam do starszych, że czas na kolację, Marcyś wyjął trzy (!) kolorowe talerzyki. Jeden podał Kamisiowi, drugi dał Damisiowi, a z  trzecim przyszedł do mnie po jedzonko dla siebie:-). 
W sobotę zaś wziął z półki kilka książek, udał się do łazienki, usiadł na nocniku i zabrał się za przeglądanie książeczek. I był bardzo z siebie zadowolony. Teraz, gdy go pytam, czy chce mu się siku, najpierw biegnie po książki, a potem do łazienki:-)  Ćwiczymy zatem "na sucho". Póki co, podoba mu się.
Marcelinek zafascynował się też wreszcie książeczkami.
Teraz 2/3 dnia spędza na ich przeglądaniu. Co chwilkę przybiega do mnie, cały szcześliwy i dumny z siebie, mówiąc: "kici", bo znalazł w kolejnej książeczce kolejnego kotka.
Okazuje się, że mamy wiele książeczek, w których są koty, kotki, koteczki, kocięta... Naprawdę dużo tych kotów. Dlatego, że nasi mali chłopcy uwielbiają kotki [Damiś np. twierdzi, że ma na imię Kotek i tak każe się nam do siebie zwracać].
Najbardziej jednak mnie rozczula, gdy przeprasza swoich braciszków (ma czasami za co, oj ma). Przeprasza chętnie, tuląc się do nich, długo, aż oni już mają tego dość i od niego uciekają:-))
Przeprasza tak chętnie, że robi to nawet wtedy, gdy to on jest poszkodowany:-)
Jak dzisiaj, Damiś go ugryzł, a Marcyś podszedł i go przytulił:-) Słodycz sama...
I mówi już "Mama". Póki co tylko wtedy, gdy mu źle, gdy się przewróci, uderzy, gdy chce na rączki, przytulić się, gdy czegoś chce.
Póki co jest to zawsze płaczliwe "Ma-ma". Płaczliwe, ale jest:-)
Cudowne. Niepowtarzalne.









środa, 3 marca 2010

Argumenty

Kamiś to świetny obserwator. Wie doskonale, kiedy i jak wykorzystać sytuację, żeby zyskać jak najwięcej. Jego argumenty są czasami nie do podważenia; nas, dorosłych, rozkłada nimi na łopatki:-)

Do Babci, gdy chory nie mógł uczestniczyć w przedszkolnym balu karnawałowym:
- Babciu, oni tam tak fajnie się bawią [z odpowiednim akcentem na oni i fajnie], ...to może dasz nam coś słodkiego? ...I włączysz nam bajkę? [Babcia słodkościami obdarzyła i bajkę włączyła...]

Do Mamy wzdychającej, że wreszcie musi się zabrać za odkurzanie:
- To Mamo, zróbmy tak: włączysz nam bajeczkę i bedziesz mogła sobie spokojnie odkrzyć [Mama bajki nie włączyła...]

W tym temacie ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi.

sobota, 27 lutego 2010

Luty...

...właściwie cały upłynął nam na zmaganiu się z chorobami dzieci. Najpierw Marcyś, potem Kamiś, na końcu także Damiś. Moje przedszkolaki nie mogły uczestniczyć w balu karnawałowym w przedszkolu, bo gorączka objawiła się w przeddzień balu, kilka minut po uszyciu kocich strojów. Smutno im było...
Potem kilka dni wolnego od chorób.
Tydzień temu, w piątek, weekend zaczął się od upadku Damisia i rozwalenia przez niego główki. Musieliśmy jechać na ostry dyżur, ranka wprawdzie nieduża, ale głęboka. Trzeba było założyć jeden szew.
Tak więc pierwsze szycie mamy za sobą. A właściwie Damiś:-(
A po powrocie w nocy Kamiś obudził się z bólem ucha. W środę zaczął chorować Marcyś, w czwartek rozłożyło Damisia.
Gdy we wtorek lekarka wypisała mi aż 10 dni opieki nad chorym Kamisiem, pomyślałam, że to prawie jak wakacje. Ale co tam, odpocznę sobie. Nic jednak bardziej mylnego... Komplet synowski znowy chory. Kolejne wędrówki nocne do niespokojnie śpiących dzieci przed nami... Tyle tylko, że na opiece mogę potem je odespać, nie zrywając się o drastycznej 4.55.

Uwaga, kontrola drogowa!

Właściwie monolog Kamisia:

- Nasze samochody nie będą wydawać żadnych dźwięków, bo one są ukryte, prawda? - Zatrzymamy się na przystanku, a jak jakiś koleś złamie przepis, to my go ciach! i zatrzymamy - O! Jedzie dwóch kolesiów. Stop! Mandat! - Mandat! (Damiś) - Niezła robota!- Jazda, radiowóz! - Jazda, radiowóz! (Damiś) - A takie przekraczanie prędkości nie ma najmniejszego sensu. - Jazda, radiowóz! - Jazda, radiowóz! (Damiś) - Co za wariat, nawet bez drzwi jedzie, za nim szybko! - Jazda. - Damiś, znajdzie się następny koleś, prawda?

Uwielbiam, gdy tak się bawią:-) Szkoda, że mój mózg nie dysponuje opcjami typu: Zapisz, Odtwarzaj, Przegrywaj, Kopiuj...  Byłoby więcej zapisków.

niedziela, 21 lutego 2010

Powiedzonka Damisia

Damiś do małej muszki na oknie:
- Zmykaj stąd, muśko, to nie twoje okno.

A wieczorem do galaretki spadającej z łyżeczki:
- Nie uciekaj, getko.

sobota, 20 lutego 2010

Wielki połów

Kamiś i Damiś mieli dzień twórczej zabawy. Przez niemal dwie godziny bawili się w łowienie ryb, wielorybów i rekinów. Niestety, gdy usypiałam Marcysia, ominęła mnie spora cześć ich zabawy.
Potem zarejestrowałam fragmenty ich rozmówek:

- Damianku, wyłowiliśmy wszystkie ryby z oceanu, rozumiesz, wszystkie, no może dwie zostało. [...] Popatrz, jaka ta rybka jest brzydka i wymięta (wyciąga balonik, z którego powierze uszło prawie do końca). Na pewno będzie jednak smaczna.
[...]
- Mniam mniam - dobiega mnie mruczenie Damisia.
- Nie jedz jeszcze! - powstrzymuje go Kamiś - Musimy jeszcze wyłowić wieloryba. - Po chwili dodaje: - No a teraz wyłowimy rekina.
[...]
- Zjadaj te ryby, Damian, mniam mniam
- Mniam mniam mniam - posłusznie wtóruje Damiś.
Słuchając ich, można by pomyśleć, że wprost uwielbiają jeść ryby. Nic jednak bardziej mylnego; tak normalnie, obiadowo ryby są przecież niejadalne.



- A to co? - zapytałam, widząc pokaźny stos zabawek.
-To są nasze wszystkie rybki - wyjaśnił Damiś.

czwartek, 11 lutego 2010

Faworkowanie

Tradycji tłustoczwartkowej stało się zadość.
Co prawda na robienie pączków się nie zdobyłam,
ale z robieniem faworków poszło nam całkiem nieźle.
"Nam", bo oczywiście bez pomocy małych rączek się nie obyło.

Wszystkich małych rączek.
Marcyś też pomagał.
A jakże!
I nawet kontrolę jakości ciasta
 przeprowadził.